Wszyscy jesteśmy winni? Po premierze 1946.

W sobotę 16 grudnia na deskach Teatru Żeromskiego w Kielcach miała miejsce premiera sztuki 1946 autorstwa Tomasza Śpiewaka. Tytuł będący jednocześnie datą nawiązuje do tragicznych wydarzeń pogromu kieleckiego, który "rozsławił" nasze miasto w świecie.

Wszyscy jesteśmy winni? Po premierze 1946.

Czteroczęściowy spektakl rozpoczyna scena zwiedzania kamienicy przy Planty 7/9, gdzie 4 lipca 1946 roku doszło do zabójstwa ludności pochodzenia żydowskiego. Wzburzony tłum wdarł się do budynku raniąc i zabijając jej mieszkańców. Życie straciły wtedy 42 osoby. Powodem napaści była plotka o porwaniu 7-letniego Henryka Błaszczyka. Chłopiec miał według pogłoski znajdować się w piwnicy wspomnianej kamienicy. Tymczasem budynek nie jest podpiwniczony...

Poznajemy historię Elżbiety Kowalewskiej, aktorki Teatru Żeromskiego, która doznała prześladowania w związku ze swoimi żydowskimi korzeniami. Kobieta razem z synem, znanym obecnie aktorem Krzysztofem Kowalewskim, ucieka z Kielc dwa dni po pogromie obawiając się o swoje życie i syna. Reżyser nakreśla zło związane także z budynkiem, w którym znajdują się widzowie. Dowiadujemy się, że w 1918 roku to własnie w kamienicy Teatru Żeromskiego zwanego wtedy Teatrem Polskim doszło do pierwszego pogromu kieleckiego na ludności żydowskiej. Fakt ten nie jest powszechnie znany mieszkańcom miasta, którzy próbują ze swojej świadomości wyprzeć wydarzenia sprzed 71 lat.

Autor wprost nie wskazuje winnych ludobójstwa. Jednak wyrazami artystycznymi daje do zrozumienia, że każdy z nas jest współwinny tej zbrodni. Temu zapewne służy podawanie przez publiczność symbolicznych żeberek od kaloryferów, które są jednym z narzędzi morderstwa. Kolejna drastyczna scena przedstawia sekcję zwłok pomordowanych. Obrazują ją archiwalne zdjęcia ofiar. Padają sugestie, że personel medyczny opatrujący rannych chciał ich śmierci. Ofiary miały być okradane.

Ostatnia część zatytułowana "Walking Dead" czyli chodząca śmierć ukazuje zmanipulowany tłum bez przemyślenia atakujący na oślep wskazany cel. Reżyser miesza historyczną tragedię ze współczesnością. Pada słowo "nacjonalizm" oraz "faszystowska mowa". Słowa a raczej określenia często są nadużywane podczas antyrządowych demonstracji. Odczytany zostaje list Juliana Kornhausera o zabiciu doktora Kahane. Narrator oznajmia, że z utworu teścia przed środowiskami nacjonalistycznymi musiał się tłumaczyć prezydent RP Andrzej Duda. Absurdalny wątek zapewne ma służyć uświadomieniu, że sytuacja może się powtórzyć. Wspomniany wiersz widzowie znajdują pod swoimi siedziskami i jako pamiątkę spektaklu mają zabrać do swoich domów.

Na koniec Krzysztof Kowalewski, który razem z matką- aktorką Teatru Żeromskiego opuścił miasto tuż po pogromie, odczytuje kazanie księdza Piotra Skargi opisujące rytualny mord żydowski na chrześcijańskim dziecku. Zapada cisza. Opada kurtyna a widzowie w konsternacji biją brawo zastanawiając się czy to już koniec spektaklu. Trwające blisko dwie i pół godziny przedstawienie jest wręcz męczące. Zbyt duża liczba wątków nuży widzów. Niepotrzebne nawiązanie do współczesnych Kielc i słynny slogan polityczny "Kielce umierają" nie mają nic wspólnego z tragedią z 1946 roku. Wielu oglądających sztukę dopatrzy się w niej przerysowanych stereotypów, które zamiast łagodzić rany dwóch narodów tylko je pogłębiają.